|
Strona 1 z 2 21 lutego minęła 5 rocznica śmierci znakomitego malarza Zdzisława Beksińskiego. Cieszę się, że kiedyś miałem okazję go spotkać. Zrobiłem z nim nawet wywiad. Powodem, dla którego sięgnąłem teraz do tego tekstu, było rozdrażnienie, że pisząc (przy okazji kolejnych rocznic śmierci) o Beksińskim wszyscy właściwie opierali się na kilku (dosłownie) wywiadach z lat 90. i początku 2000 roku. Z tych tekstów wynikało, że Beksiński był smętnym i mrocznym facetem, jak jego malarstwo. A to nieprawda.
Zdzisław Beksiński był szalenie sympatycznym, a przede wszystkim, dowcipnym człowiekiem, który potrafił się śmiać z siebie. Przynajmniej taki był podczas naszej rozmowy. I podczas tej rozmowy "otworzył się", jak nigdy potem. Jak do niej doszło? Rzecz miała miejsce w 1989 roku w EMPIKU na Ścianie Wschodniej w Warszawie, z okazji wydania książki Tadeusza Nyczka "Zdzisław Beksiński" (Wyd. Arkady, seria "Sztuka Naszych Czasów"). Odbyło się wtedy spotkanie (jedno z nielicznych) ze Zdzisławem Beksińskim. Oczywiście wtedy ten EMPIK wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Po spotkaniu podszedłem do artysty i poprosiłem go o wywiad. Rozmawialiśmy około pół godziny. Beksiński często żartował. Co chwila ktoś podchodził i prosił mistrza o autograf, po spotkaniu bowiem sprzedawano wydany właśnie album z jego malarstwem. Wywiad, a właściwie zapis tej rozmowy, opublikowany został jesienią 1989 roku w piśmie "Konfrontacje", pod tytułem "Zdzisław Beksiński: maluję tylko po to, żeby sobie zrobić przyjemność".
Wojna. Gdy wybuchła miałem 10 lat. Wydaje mi się, że na filmach, które później oglądałem, wyglądała ona o wiele efektowniej niż w rzeczywistości.
Marzenia. W młodości marzyłem o tym, żeby zostać reżyserem filmowym. Niestety wtedy kręcono w Polsce pierwszy film, „Zakazane piosenki”, przez dwa lata, a łódzką szkołę filmową opuszczało co roku 24 świeżo upieczonych reżyserów. Mój ojciec, który był pragmatykiem, szybko obliczył, że jako reżyser nie znajdę pracy. Natomiast w kraju zniszczonym przez wojnę na pewno nie grozi mi bezrobocie w zawodzie architekta. Ponieważ byłem posłusznym dzieckiem, posłuchałem ojca i w 1947 roku zdałem egzaminy na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. W czasie studiów wprowadzono socrealizm i szkoła filmowa przestała być czymś atrakcyjnym. Filmy, które wówczas powstawały były okropne. Muszę szczerze powiedzieć, że wówczas nie sądziłem, iż socrealizm się kiedyś skończy, że przyjdzie Październik 56, że nastąpią te wszystkie zmiany. Myślałem, że tak już będzie zawsze.
Architektura. Zupełnie nie widzę wpływu studiów na wydziale architektury na swoją twórczość. Po ukończeniu nauki w ogóle nie pracowałem w biurach projektowych, tylko w wykonawstwie – szkoliłem trójki murarskie. Jeśli więc nawet na moich obrazach znajdują się pewne elementy architektoniczne, to nie mają one nic wspólnego z architekturą. Bo gdyby chcieć zbudować, tak jak ja namalowałem, to by się wszystko zawaliło.
Sny. Moja twórczość jest interpretowana opacznie, ale cóż ja na to mogę poradzić. W sanockim muzeum, gdzie wisiały moje obrazy, pani przewodnik mówiła zwiedzającym, że przedstawiają one martyrologię, obozy koncentracyjne itd. Ilekroć potem przychodziła do mnie wycieczka z RFN, to wszyscy byli załamani, że ja tak mocno tę wojnę przeżyłem i że oni są temu winni. Musiałem tłumaczyć, że tu chodzi o coś zupełnie innego, o sny. Później ta pani zaczęła objaśniać w następujący sposób: Artysta zasypia, rano się budzi, bierze pędzel i... zaczyna malować.
Inspiracja. W młodości inspirował mnie Artur Grottger i tego typu malarstwo. Duży wpływ wywarł na mnie także Picasso, ale to nic oryginalnego. Teraz podoba mi się czasem jeden obraz, np. „Wyspa umarłych” Boecklina, natomiast pozostałe dzieła tego artysty są zupełnie nie do przyjęcia. Myślę, że o wiele większe znaczenie dla mojego malarstwa miała literatura, zwłaszcza utwory Franza Kafki, do którego nadal mam duży sentyment.
Cytaty.
Są bez znaczenia dla szerszego ogółu. To sygnały do konkretnych ludzi, do moich przyjaciół, rodziny. Na przykład obraz „Never more”, to mrugnięcie okiem do mojego syna, dla którego wiersz Edgara Allana Poe pod tym tytułem miał kiedyś wielkie znaczenie. Ale równocześnie ten cytat związany jest z treścią obrazu. Odlatujący balon i wilki, a więc fakt, który kiedyś się wydarzył, ale który już nigdy nie będzie miał miejsca.
*Linke. Lubiłem technikę Linkego, natomiast przeszkadzała mi w jego obrazach publicystyka. W okresie, kiedy Linke nie był jeszcze pozytywnie widziany – zwłaszcza przez krytykę – zwracałem uwagę na ściśle praktyczne walory jego obrazów.
|