| Barbara Sass: pięścią w stół |
Strona 1 z 2 Znana ze świetnych dramatów obyczajowych (m.in. "Bez miłości", "Debiutantka", "Krzyk"), laureatka wielu prestiżowych nagród filmowych. Na ekrany kin wszedł najnowszy film Barbary Sass pt. "W imieniu diabła". Film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, do których doszło kilka lat temu w zakonie sióstr betanek w Kazimierzu Dolnym. My rozmawiamy z Barbarą Sass o jej pierwszych samodzielnie nakręconych filmach i o bohaterkach z jej kina, którego nigdy nie chciała nazywać kobiecym.
Pięścią w stół Sławomir Zygmunt: Od ukończenia przez panią szkoły filmowej do debiutu fabularnego upłynęło 20 lat. Pracowała pani w tym czasie jako asystent reżyserów i kręciła filmy wyłącznie telewizyjne, o których niewiele się mówiło. Ewa, bohaterka pierwszego pani filmu fabularnego „Bez miłości" jest agresywna i cyniczna; ćwiczy judo, zażywa prochy. Czy tak konstruując tę postać nie chciała się pani trochę odegrać?
Barbara Sass: Przez lata usiłowałam coś tam robić, ale nigdy nie było tak jak chciałam. Pozostawał niedosyt i świadomość, że czas płynie. Wreszcie zrozumiałam, że jeżeli nie dokonam zwrotu w swoim życiu, do końca pozostanę popychadłem. Uderzyłam pięścią w stół i nagle zaczęto mnie dostrzegać, stałam się partnerką do rozmów. Ewa pojawiła się więc w momencie, gdy rozpoczęłam batalię o swoje "być albo nie być". Właśnie dlatego jest to dziewczyna, która bez skrupułów dąży do celu. Pamiętam, że gdy pokazywałam scenariusz ,,Bez miłości", wszyscy mówili, że to niemożliwe, żeby taki babsztyl istniał. A przecież ja takie kobiety obserwowałam wokół siebie i w głębi duszy zazdrościłam im bezczelności. Dopiero później, gdy mój film już powstał, okazało się, że jest to zjawisko na skalę masową. "Bez miłości" był dla mnie filmem przełomowym nie dlatego, że zdobył parę nagród, czy że się
podobał. On zmienił mój stosunek do życia.Pani kolejny film „Debiutantka" czekał na premierę i był bardzo źle rozpowszechniany. Jak pani myśli, dlaczego?
Film został wytypowany do udziału w festiwalu w Karlowych Varach. Zaproszono tam także mnie i Dorotę Stalińską. Na miejscu okazało się, że Czesi w ostatniej chwili skreślili „Debiutantkę". Próbowałam interweniować u ministra kultury i sztuki, ale wytłumaczono mi, żebym się nie awanturowała, bo film zostanie wysłany na inny festiwal. Zrezygnowana wróciłam do kraju i wyjechałam na urlop. Tam otrzymałam od swojego kierownika produkcji dziwnie brzmiący telegram: czy zgodziłaś się na usunięcie 8 miejsc ze swego filmu? Na nic się nie zgadzałam, więc w to pędy wróciłam do Warszawy i zastałam w montażowni człowieka, który z nożyczkami w ręku dokonywał już dzieła zniszczenia. I wtedy postawiono mnie pod ścianą: albo zgodzę się na cięcia, albo mój następny film „Krzyk", nie zostanie skierowany do produkcji. Ponieważ bardzo mi zależało na „Krzyku" poświęciłam „Debiutantkę". Przecież - myślałam - to nie jest film polityczny, więc i tak zaistnieje. Dzisiaj wiem, że to był błąd. Te osiem wyciętych miejsc wiele wnosiło do sfery psychicznej bohaterki, która zamknięta w czterech ścianach, odbierała odgłosy tego świata, strajki, powstanie ,,Solidarności" poprzez komunikaty radiowe. Mimo tych moich ustępstw "Debiutantka" była pokazywana w Warszawie przez tydzień i film nigdy nie został powtórzony. Prawdopodobnie przez to jedno zdanie, które akurat zostało: „Chłopaki, jestem z wami" - które bohaterka kieruje do chłopców rozklejających plakaty „Solidarności".
Do „Debiutantki" obok Doroty Stalińsktej, zaangażowała pani Elżbietę Czyżewskią. Był to jej pierwszy polski film po 13 latach przerwy. Czy myślała pani o obsadzeniu w tej roli Czyżewskiej już na etapie scenariusza?
To nie był mój pomysł. Jeden z kolegów chciał Elżbietę zaangażować do swojego filmu i pojechał nawet specjalnie do Ameryki, żeby z nią porozmawiać. Później się jednak przestraszył i zrezygnował. Ponieważ wykonano pierwszy ruch w kierunku sprowadzenia Czyżewskiej do Polski i „góra" nie wyraziła sprzeciwu, postanowiłam
z tego skorzystać. Tym bardziej, że znałam Elżbietę i ceniłam ją jako aktorkę. W „Debiutantce" sprawdziła się znakomicie. Potem zagrała u Tomka Zygadły i miała zrobić jeszcze trzeci film, ale wybuchł stan wojenny.Perełka z ,,Krzyku" jest wulgarna i zachowuje się jak chuligan. Pod wpływem miłości jej osobowość ulega przemianie. Czy według pani miłość jest w stanie aż do tego stopnia zmieniać ludzi?
Miłość jest bardzo ważna w życiu każdego człowieka. Ta prawdziwa, wielka, może zmienić całkowicie nasze życie. Mam na to wiele przykładów obserwując przyjaciół i znajomych. Zwłaszcza kobiety są w stanie poświęcicć wszystko dla mężczyzny.
„Bez miłości", „Debiutantka", „Krzyk" zdobyły dużo nagród. Czy sukces tych trzech filmów zmienił coś w pani życiu?
Przede wszystkim utwierdził mnie w przekonaniu, że to co robię ma sens i jest komuś potrzebne. Sprawdziłam się w tym zawodzie. Każdy człowiek, nie tylko aktor czy reżyser, potrzebuje potwierdzenia swojego wyboru. Nagrody są dla mnie tak samo ważne jak publiczność i jedna rzecz bez drugiej mnie nie satysfakcjonuje. Robię przecież filmy dla ludzi.
Dlaczego kręci pani filmy według własnych scenariuszy?
Nie potrafiłabym zrobić filmu na podstawie cudzego tekstu. Za bardzo szanuję to, co ktoś napisał, żeby dokonywać niezbędnych dla mnie zmian w scenariuszu. |








Znana ze świetnych dramatów obyczajowych (m.in. "Bez miłości", "Debiutantka", "Krzyk"), laureatka wielu prestiżowych nagród filmowych. Na ekrany kin wszedł najnowszy film Barbary Sass pt. "W imieniu diabła". Film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, do których doszło kilka lat temu w zakonie sióstr betanek w Kazimierzu Dolnym. My rozmawiamy z Barbarą Sass o jej pierwszych samodzielnie nakręconych filmach i o bohaterkach z jej kina, którego nigdy nie chciała nazywać kobiecym.
podobał. On zmienił mój stosunek do życia.
z tego skorzystać. Tym bardziej, że znałam Elżbietę i ceniłam ją jako aktorkę. W „Debiutantce" sprawdziła się znakomicie. Potem zagrała u Tomka Zygadły i miała zrobić jeszcze trzeci film, ale wybuchł stan wojenny.



